WENEDI.eu

O NAS >>

Jesteś tutaj:: Blogi

cz.2 Fidżi

autor: Robert Harasimowicz data: 11.07.2017 11:22

pierwsze chwile na pokładzie Indry w Port Denerau... 


Pierwszy wieczór na Fidżi spędziłem z Patrycją i Huzarem na piciu kavy... była mocna...




Kava to napój robiony z korzeni kavy. Zmielone na miałki pył wkłada się do przepuszczającego wodę woreczka i najnormalniej w świecie pierze w zimnej pitnej wodzie w misce. Gdy wyciskana kava nie barwi już zbyt mocno wody na kolory zwykłej kawy z mlekiem, oznacza to, że kava jest gotowa do picia. Piją ją tubylcy na Samoa, Fidżi i Vanuatu. Na Fidżi nawet na monetach mają miskę, w której przygotowują kavę. Kavę na Fidżi piją wszędzie. Urzędnicy pod biurem, ludzie na targu i ulicach. 

Jeśli jako turysta wybiera się zwiedzać jakąś wyspę, koniecznie trzeba mieć ze sobą korzenie kavy zawinięte w gazetę i owinięte wstążeczką. Z takim prezentem idzie do do wodza wioski, aby ten zezwoilił na odwiedziny. 

kava gotowa na prezent dla wodza


Pijąc kavę najpierw język robi się lekko zdrętwiały. Potem długo nic, żadnych zmian. Po wypićiu ok litra ma się wrażenie, że jest się po dobrych kilku mocnych drinkach. Rano głowa nie boli, ale nadal jest uczucie, jakby się człowiek dzień wcześniej nawalił i tak mnie trzymało prawie 3 dni. Bardzo ekonomiczny sposób, na imprezowanie. Kilogram kavy kosztuje 40 dolarów fidżijskich czyli 17 euro. Na dobry wieczór dla 3 osób potrzeba 300 gram. Za niecałe 6 euro 3 osoby nieźle poimprezują. Całość ma tylko 2 minusy. Trzeba tego wypić sporą ilośc i smak. Nigdy nie piłem, ale mam wrażenie, że tak samo smakuje tylko woda z kałuży :)

Na drugi dzień rano ruszyliśmy na Kuata Island, gdzie spędziliśmy klika wspaniałych dni. W planie było kotwieczenie trochę wcześniej na innej wyspie, lecz kotwiczenie przy wyspach na rafach, gdzie nie ma dokładnych map jest w nocy niezwykle trudne. Podchodząc do Vomo Island było bardzo głęboko, a następnie nagle ściana z rafy, więc była szybka cała wstecz i tak popłynęliśmy dalej.

w drodze z Nadi na Kuata Island 


Nurkując na rafie udało mi się nawet spotkać rekina białopłetwego, ale nie był zbyt chętny do filmowania i zwiał. Wypływałem się godzinami na rafie podziwiając piękne podwodne ogrody i ich mieszkańców, setki kolorowych rybek. 





Wdrapaliśmy się też na dwa szczyty na wyspie, skąd robiliśmy cudowne zdjęcia w ciągu dnia i o zachodzie słońca. 


W tej zatoczce kotwiczyliśmy pomiędzy rafami...


Po drugiej stronie wyspy jest mały kurort, który odwiedziliśmy i zjedliśmy tam pyszny miejscowy obiad w cenie 25 dolarów lokalnych. Poznaliśmy szefa kurortu o imieniu Napoleon, który z nami trochę pogawędził. Wcześniej witał nas na wyspie, gdy robiliśmy pierwszy desant pontonem na wyspę. Poznaliśmy tam troje młodych Szwajcarów podróżujących w tych rejonach począwszy od Australii i grupę Niemców z Magdeburga, od których dowiedzieliśmy się o zamachach w Paryżu.



W nocy ok. 23 udaliśmy się pontonem na rafę zapolować na coś do jedzenia. Łukasz wszedł do wody z hawajską procą i światłem w postaci dwóch lamp gopro połączonych ze sobą i wypatrywał śpiące ryby. Udało mu się złowić dwa jednorożce i papugo rybę, która była niesamowitym przysmakiem na surowo. 

Następnego dnia przy porannej kąpieli w oceanie, jeszcze przed śniadaniem zauważyliśmy, że w pobliżu gotuje się woda od ryb. To polujące tuńczyki. Szybko wsiedliśmy do dingi i rzuciliśmy wędkę płynąc w ich kierunku. Już po kilkunastu sekundach mieliśmy tuńczyka na haczyku, a za kilka minut był w naszym pontonie. 

Huzar wciąga tuńczyka do pontonu, następny obiad już był :)


Po śniadaniu przepłynęliśmy kawałek dalej, między wyspę Wayasewa a Waya, gdzie przy niskim stanie wody można przejść z jednej wyspy na drugą. Zaraz po rzuceniu kotwicy przy lewej burcie pojawił się ok. 2 metrowy rekin rafowy. Po chwili biedaczek się wystraszył i zwiał. Pontonem udaliśmy się na Waya Island i przeszliśmy do Wayasewa, gdzie pochodziliśmy po zastygłej lawie wulkanu. 



Poniedziałek 16.11.2015 godzina 16.15 czasu lokalnego. W Europie jest 4.15 rano. Godzinę temu dotarliśmy do Vomo Island, dokąd dotarliśmy po prawie 3 godzinach cudownej jazdy na żaglach. Zaraz po zakotwiczeniu wskoczyliśmy do wody, która nie tylko oczywiście jest niesamowicie czysta, ale i wręcz gorąca. Fidżi jest cudowne… 

w drodze na Vomo Island 


Następnym naszym miejscem będzie Lautoka, gdzie dokonamy odprawy i popłyniemy już w kierunku Nowej Zelandii. 

kotwocowisko w Lautoka 


Do Lautoka dotarliśmy 18 listopada wczesnym popołudniem ok. 16tej czasu lokalnego. Na ląd już tego wieczora nie schodziliśmy. Następnego ranka, tuż po śniadaniu wsiedliśmy w dingi i popłynęliśmy do brzegu w porcie, gdzie można wyjść na ląd. Lautoka, to mały port przeładunkowy, gdzie praca w porcie odbywa się raczej w nocy. Na kotwicowisku były dwa jachty. Po nas przypłynął jeszcze jeden i było nas już cztery. Po wyjściu z portu szybko złapaliśmy taxi i za 2 miejscowe dolary dojechaliśmy do centrum miasta. Po rozeznaniu się, gdzie co jest najpierw poszliśmy złożyć reklamacje znikniętych megabajtów internetowych. Reklamacje uwzględnili i zasili konto brakującymi megabajtami na koncie. Naprzeciwko w sklepie zakupiliśmy kilka drobiazgów. Potem była pyszna kawa i sernik w kawiarni obok i rozeznanie w zakupach żywności na drogę do Nowej Zelandii. Szybko zlokalizowaliśmy supermarket, targ z warzywami i sklep z tanią wodą w butelkach. Po częściowych zakupach w markecie, zamówiliśmy taxi, która za 10 miejscowych dolarów podjedzie z nami po wodę, a potem nas zawiezie do portu pod nasze dingi. Z zakupami dotarliśmy na jacht, a Huzar pojechał jeszcze z taksiarzem napełnić butlę gazową. 

targowisko w Lautoka



tak wygląda kava przed zmieleniem 


Na jachcie rozpoczęliśmy rozmieszczanie zakupionej żywności w różnych zakamarkach jachtu. Upał niesamowity, żar leje się z nieba, powietrze ledwo się rusza. Nie ma nawet ochoty na jedzenie. Robimy kawę i przygryzamy ciastkami z masłem orzechowym i bananami. Obiad zjemy na kolację. 

Jutro tj. 20 listopada odprawimy się w urzędzie Imigration i płyniemy w drogę do Nowej Zelandii. 

W nowej Zelandii Planujemy zatrzymać się w Opua. Dzisiaj jeszcze wysłaliśmy do władz imigracyjnych Nowej Zelandii maila z informacją, że planujemy przypłynąć jachtem. Trochę tego wypełniania jest, gdy się płynie tam jachtem. Takie wymogi. Niestosowanie się do tego może poskutkować karą finansową i odwleczoną odprawą. Oczywiście w całej procedurze jest wiele rzeczy, które trzeba spełniać, wpływając z obcego kraju na terytorium Nowej Zelandii. Należy np. podeszwy obuwia mieć dokładnie wyczyszczone, należy zgłosić wiele towarów, które się wwozi, np. nawet miód w słoiku, który się ma nawet do własnej konsumpcji. Podobno miód i inne produkty nieprzetworzone zabierają. 

W sumie, gdyby to nie był jeden z głównych celów Patrycji i Huzara oraz mój, skąd będę wracał do domu, to można by sobie darować płynięcie tam, ze względu właśnie na ogromne obostrzenia przepisami, którymi objęci się przybysze na jachtach. Jednak Nowa Zelandia kusi, aby ją zobaczyć mimo wszystko. Zobaczymy jak jest w rzeczywistości po dopłynięciu. 
Niestety nie jest dane nam stąd wypłynąć. Przy odprawie okazało się, że brakuje dokumentu odprawy wjazdowej jachtu, którego nie mamy. Gdzie jest? Dobre pytanie. Po długich namysłach, prawdopodobnie nie został nam oddany w Imigration w Nadi, gdzie byłem dopisywany do listy załogi. No to heja do Nadi...jest piątek, ciekawe jak tam pracują...Huzar wsiadł w taxi z młodym tubylcem, który nas już tutaj woził i szybko na lotnisko do Nadi. Dotarcie do Imigration 16.20 a pracują do 16.00. Pudło, musimy czekać do poniedziałku. Oby się tylko pogoda utrzymała na przeskoczenie Pacyfiku do Nowej Zelandii. 


Czytaj:  cz.3 Fidżi ciąg dalszy..