Beata Wrzesińska

Moja podróż do Lwowa

Będąc niedawno w Polsce, weszłam do przypadkowej księgarni i wędrując wzrokiem od jednego regału do drugiego, natknęłam się nagle na książkę o „kobietach ze Lwowa” Beaty Kost. Zaintrygowała mnie ta książka, przewracając parę kartek zatrzymałam się, wspominając z nostalgią moją letnia podróż do Lwowa.

Oj, co to była za podróż. Zrodziła się w parę dni przed jej realizacją. Gdy termin urlopu się zbliżał, postanowiłam tym razem z jakichś wewnętrznych pobudek zarezerwować nocleg w hotelu. Z pomocą koleżanki udało nam się, jak się wydawało znaleźć coś  ciekawego na uboczu, pośród drzew..

Cena przystępna, tylko 17km od Lwowa, a więc stosunkowo blisko. Tym bardziej, że jechałam swoim autem. Wakacje się zaczęły. Ruszyłam na mój upragniony urlop, zadowolona że mam nocleg.

Ukraina nie jest w EU, więc przekroczenie granicy może zająć w zależności od pory dnia od 30 min do 4h. Ja niestety załapałam się na ten dłuższy czas. Stanie w długiej kolejce, która potrafi się wydłużyć, ponieważ ludzie typu „mrówki” chcąc zrobić jak najwięcej kursów wpychają się w kolejkę. Tu zauważyłam pierwszy minus samotnej podróży. Co robić stojąc 4h w kolejce, gdzie auto stoi prawie zderzak przy zderzaku, bo czas na wagę złota…? Jak w tym momencie zostawić auto iść na poszukiwanie wody lub toalety?! Oczywiście jest jedna opcja, pić jak najmniej i nie szukać toalety, nie ryzykować stania dłuższego niż już się stoi.

Przez pierwsze bramki wpuszczane jest co jakiś czas 5 samochodów. Następnie przychodzą polscy celnicy, sprawdzają wszystko i jedzie się dalej i czeka. Przychodzą ukraińscy celnicy. Papierków co nie miara, nie wiadomo co do czego i komu co dać, więc to znów trochę trwa. Po uporaniu się z tym wszystkim można jechać dalej. Moim kolejnym problemem było to, że nie miałam zielonej karty na auto (którą normalnie mogłabym kupić u ubezpieczyciela gdybym wiedziała wcześniej że tam pojadę, cóż ale u mnie to nie ma nic zaplanowanego…Ale na to było rozwiązanie, w jednej z budek zaraz po przekroczeniu granicy. Pierwsze pytanie pani z budki było „czy prowadzę auto na sprzedaż?”.

Tak się to wszystko przedłużyło, że mojego hotelu szukałam późno wieczorem, całkiem po ciemku. Jeździłam w kółko w tej miejscowości szukając mojego ustronnego hotelu z opisu w Internecie. Dwa z nich odpowiadające opisowi okazały się pomyłką, nie mieli mojej rezerwacji. Wróciłam więc do punktu wyjścia. Okazało się, że mój hotel był zaraz parę metrów dalej, nie mogłam od razu na niego trafić, bo na necie było zdjęcie domku, który stał za hotelem. Domek, fakt był w zaciszu wśród drzew, ale nie dla gości hotelowych. Tym razem na recepcji usłyszałam, że mają moją rezerwacje, zadowolona więc poszłam do swojego pokoju.

Rano ruszyłam na podbój Lwowa. Dojazd z tej miejscowości do Lwowa był dość łatwy, poruszanie się po mieście też. Bardziej martwiło mnie to, czy jak zostawię auto na parkingu, będzie tam jeszcze stało jak do niego wrócę. Istnieje bowiem ryzyko, potwierdzone przez naocznych świadków, że mafie działające we Lwowie kradną auto lub rejestracje żądając później za nie okupu, na który nie było by mnie stać. A zgłaszanie całej sprawy na policję, to dwa dni biurokracji jak nie więcej.

Lwów to piękne miasto przypominające wiele starych polskich miast. Można dogadać się po polsku, choć w wielu przypadkach zauważyłam, że nie chcą mówić w naszym języku, lub udają że nie rozumieją.

Komunikacja jest przystępna, można bez problemu się nią poruszać, jak komuś nie przeszkadza zapach starych tramwajów czy autobusów, gdzie chwilami czuć spaliny. Ja w jeden dzień postanowiłam zostawić auto na hotelowym parkingu i pojechać do miasta autobusem. Na recepcji przekazano mi potrzebne instrukcje. Dojazd spokojny, natomiast powrót…!!! Powrót to już inna bajka.

Zmęczenie, emocje i…stres. Ostatnie autobusy w kierunku mojej miejscowości przepełnione. Autobus to za dużo powiedziane, małe busiki dla maksymalnie 12 osób z oknami nie dającymi się otworzyć. Jedyne wchodzące powietrze to, to przez szyberdach. Wszyscy zmęczeni po pracy w upale, wyglądali jak jacyś skazańcy jadący do więzienia a nie wracający do domu. Tylko dwóch panów było wesołych, gdyż wcześniej musieli spożyć jakieś rozweselające trunki o czym świadczyły ich oddechy.  Jak zobaczyłam mój przystanek, to jakbym zobaczyła wygrana na loterii.  Wysiadając szybko zachłysnęłam się świeżym powietrzem.

Przez te parę dni zwiedziłam parę muzeów, kościołów, w tym piękną główną Katedrę Lwowską oraz Cmentarz Lukomski, który ma historie powodującą że nie jeden uroni łzę.

Powrót to powtórka z rozrywki. Tym razem na granicy ukraińskiej zaglądali mi do każdego zakamarka w aucie, pukali w opony, sprawdzając czy czegoś nie przemycam. Mówiąc na końcu z troską, że nie powinnam sama podróżować po Ukrainie…

Pocket

Pokrewne tematy