Maciej Sz.

Na tacierzyńskim cz.1

Wspomnienia sprzed lat…

Zamiast wstępu. Kiedy czytałem ów artykuł i przypominał sobie te chwile, czułem w swoim sercu ogromną wdzięczność i radość za to, że były mi dane. Przyznaję, tak całkiem egoistycznie, że fajnie byłoby zatrzymać czas, aby siebie zadowolić i w przekonaniu owej chwili trwać. Czy byłoby to jednak równie dobre i pełne miłości wobec tych, którzy zostali by w owej pułapce czasu zamknięci razem z nami? Tymczasem zapraszam do lektury.

Niespodziewanie w naszym małżeńskim ogródku, po długich rozmowach, wymianie argumentów “za” i “przeciw” zaszła zmiana. Od teraz ja, mąż i ojciec, jestem z dziećmi w domu, a żona chodzi do pracy. Osobiście nie widziałem tego i nadal nie widzę, lecz po pierwszym tygodniu spędzonym z naszą najmłodszą pociechą i córkami powracającymi ze szkoły, muszę powiedzieć, że to doświadczenie pozwala spojrzeć zupełnie inaczej na pracę wykonywaną do tej pory przez żonę.

Każdego wieczoru odważnie planuję nadchodzący dzień. Wraz z żoną ustalamy jadłospis, listę zakupów. Przynajmniej te podstawowe sprawy, gdyż jak wiadomo człowiek nie wielbłąd, nie leniwiec, pić i jeść musi. W planach wieczorową porą wszystko wygląda obiecująco i ślicznie, a jak wygląda w rzeczywistości?

Zacznijmy od zakupów. Nie wiem w jaki sposób robi je moja żona i jak bardzo mocno potrafi zaciskać pasa, ażeby się zmieścić  w założonym limicie. Być może zamiast jeździć koszykiem wśród regałów, przeglądać ceny i produkty, wchodzi, wyjmuje listę zakupów, szybko pakuje wybrane, podchodzi do kasy, uiszcza zapłatę i wychodzi. Szybko, zwięźle, oszczędnie. Próbowałem tej sztuki na różne sposoby, ale do tej pory nie udało mi się zmieścić w limicie, z listą lub bez, z wózkiem lub bez. Myślę, że problem leży bardziej po stronie płci, aniżeli postanowień i obostrzeń narzucanych samemu sobie. Żona pod względem zarządzania domowym budżetem jest dla mnie niedoścignionym ideałem. Jak ona to robi?

Kolejna kwestia to właściwe rozłożenie czasu. Umiejętność pogodzenia potrzeb dzieci z własnymi oraz konieczność ogarnięcia domu, ugotowania obiadu i kilku innych nieodzownych zajęć sprawia, że łatwo się w tym wszystkim pogubić. Jeden dzień lepszy, drugi dzień gorszy i czym to jest spowodowane? Nie wiem. Każdego staram się podobnie, układam, planuję, robię, a jednak wychodzi zupełnie inaczej. Czas gdzieś niknie pomiędzy palcami rąk i jak powietrze znika niewidoczny na horyzoncie. Domowe plany taty zamieniają się w rosę, aby  niczym ona szybko się pojawiać, zapowiadać pogodę, kusić swym pięknem i jeszcze szybciej znikać. Szkoda, gdyż zapowiadało się tak dobrze, a wyszło ….

Zawsze wydawało mi się, że kiedy kobieta spędza czas ze swoją pociechą w domu, to powinna być spełniona i zadowolona. Teza być może staroświecka i antyfeministyczna, ale przynajmniej w pierwszej fazie życia małego dziecka nieunikniona i niezastąpiona – dokładnie pierwsze pół roku. Podobnie wydawało mi się, że ma bardzo dużo czasu na zrobienie wszystkiego. Dokładnie wydawało mi się. Nic bardziej mylnego i zdradliwego, jak przypuszczenia i spojrzenia oparte o zręby teorii. Te prawdziwe zbudowane są na faktach.

Pierwszy dzień mi pokazał, że można zrobić dużo, ale wszystkiego się nie da. Ciągła konieczność biegania po domu za naładowanym jakąś niesamowitą energią dwulatkiem nie tylko spędza sen z powiek marzeń, ale również skutecznie odsłania niemożność i słabość zaplanowanych działań. Owszem można byłoby zbudować klatkę dla dziecka, napchać ją, wypełnić po brzegi rozmaitymi zabawkami, aby spokojnie działać, ale czy o to chodzi? Przecież to ma być czas dla dziecka i dla taty. Wspólnego poznawania się, spostrzegania, wychowywania przez zabawę, kształtowania charakteru, radości, która pozostanie w sercu i pamięci, a zaowocuje w przyszłości, w życiu dziecka.

Mówiąc o wychowaniu muszę powiedzieć, że malec potrafi doskonale obnażyć niedoskonałości swego ojca. Przesadą byłoby mówienie, że zawsze, ale zdarzają się momenty trudne, rzekłbym popisowe, które wymagają działań adekwatnych do zaistniałej sytuacji kryzysowej, a zarazem ogromnej dozy cierpliwości. Każda mama, każdy tata znalazłby takich sytuacji kilka tuzinów, kiedy patrząc na poczynania swojej pociechy nadymamy się niczym balon powietrzem i zastanawiamy, kiedy dojdzie do eksplozji.

Oczodoły wypełniają się czerwoną barwą zdenerwowania, głos lekko się podnosi, hamulce nerwów puszczają i wybuch dojrzałego osobnika gotowy. Wielu szachowych strategów podkreśla, że najlepszą formą obrony jest atak, ale bycie z dzieckiem w domu to nie szachy, a życie to nie gra, zaś sam mały przeciwnik, bardziej od ataku potrzebuje pomocnej ręki, która wyciągnie go ze studni dezaprobaty, dziecinnej bezradności i histerii.

W tych momentach zawsze wyobrażam sobie jakieś drzewo, posąg, słup soli, do którego nie mówię, ale krzyczę i widzę, że im bardziej krzyczę, tym bardziej jestem nerwowy, tym bardziej się nakręcam, podbijam negatywne emocje, a ów symbol jak stał tak stoi. Ja sam zaś obnażam swoją bezradność i niezaradność. Są jednak takie momenty, że chcę zwyczajnie zapłakać jak bóbr. Wylać rzekę łez, owoc swej bezradności. Kiedy? 


Pokrewne tematy