Krystyna Szwankowska-Antol

Czerwone Wierchy oczyma Góralki.

Pakowanie rzeczy, prowiantu, napojów dobiegło końca. Cała rodzina z dumą spoglądała na walizki stojące w przedpokoju. Wszyscy odczuwali już ducha wypoczynku w górach, zasłużonego urlopu. Myśl o spotkaniu z babcią, dziadkiem dodawała dzieciom skrzydeł i radości. Jeszcze bardziej mobilizująca była możliwość zobaczenia owieczek, kur, królików oraz krowy. Ta ostatnia jawiła się jako największa atrakcja dla naszych pociech. Jeszcze przed wyjazdem szybki obiad, wyniesienie walizek, upchanie ich w samochodzie, szybki prysznic po całym dniu pracy i w drogę do ojczystej ziemi. Słowem urlopowy powrót do korzeni.

 

Góry przywitały nas przychmurzone i zadęte, nie chciały odsłonić swego pięknego oblicza i tak było przez kilka dni. Może chciały odpocząć od potopu turystów, którzy niszczą, hałasują, śmiecą. W letni czas, to jedyne wytchnienie dla przyrody i zwierząt, które spokojnie mogą przemieszczać się po swoim naturalnym królestwie, bez strachu, w swoim naturalnym rytmie. W słoneczny dzień w Dolinie Kościeliskiej, wygląda jak w pochmurny na Krupówkach, ciężko się przecisnąć. W wyższych partiach już trochę luźniej, stosunkowo niewielu chce się na tyle męczyć, by wejść na szczyt. A nagroda jest wielka. Widoki, które zapierają dech w piersiach i na zawsze pozostają w pamięci. Będąc na szczycie człowiek postrzega swoją małość i niepozorność przed takim majestatem, swoją dumę i ego trzeba na chwilę schować do kieszeni. Wysiłek mozolnej wspinaczki na jeden ze szczytów Czerwonych Wierchów, jednej z bardziej spektakularnych tras w Tatrach, został nagrodzony tysiąckrotnie. Nawet dzieci, które wcześniej lamentowały i biadoliły co piętnaście minut, że już sił nie mają, że brakuje powietrza, pić się chce i głodne, gdy dotarliśmy wreszcie do celu, usiadły i w ciszy, z otwartą buzią, kontemplowały nieskończoność. Z jednej strony słowacka część Tatr wydawała się nie mieć końca, z drugiej Babia Góra i wzgórza poprzecinane wstęgami lasów, pól i domów, które tylko w zarysie było widać, to wszystko zaciągnięte lekko mgiełką, wyglądało jak bezkresne morze. Po prawej jeszcze dwa szczyty Czerwonych Wierchów, i śmieszny Giewont, który od drugiej strony wygląda zupełnie inaczej. Jak dwie strony medalu, majestatyczność, powaga i wielkość zaklęta w kształtach śpiącego rycerza, a gdy go odwrócisz, karzeł, śmieszny psotnik, który udaje wielkiego wojownika.

 

Słońce z lekka przesuwało się na zachód i mimo braku chęci, by podnieść ciężkie tyłki i ruszyć obolałe mięśnie, trzeba było wstać i przed zmierzchem dotrzeć do doliny. Szlak powrotny ukazywał coraz to nowe oblicze turni, hali i skał w świetle zachodzącego słońca. Cienie przesuwały się z wolna, tworząc obrazy z naszej wyobraźni. Nasycenie kolorów przenosiło nas, w krainę nie z tego świata, napełniało zachwytem, jak i nie wytłumaczalnym lękiem. Podziwiając bezmiar, trzeba było jednak uważnie patrzeć pod nogi, gdyż ścieżka wiodła stromymi zboczami, kamiennymi stokami, gdzie, niegdzie tylko osłoniętymi kosodrzewiną. Jak kozice, których ślady dostrzegliśmy odbite w ziemi, wspinaliśmy się lub schodziliśmy stromo w dół. Zwierzęta w górach, starają się unikać ludzkich szlaków. Jedynie gdy nastaje zmierzch i ruch ustaje wychodzą ze swoich kryjówek.

-Mama, tata patrz świstak, uaaa! uaaa! Mogę go złapać? Przecież się nie rusza?

Świstak stał jak wryty, nie uciekał, dopiero po chwili rodzice zauważyli kołującego jastrzębia. Dwóch oprawców, z jednej strony krzykliwy człowiek, z drugiej cichy, powietrzny śmiertelny wróg. Dla małego, puszystego zwierzątka, to gra na śmierć i życie. Który wróg straszniejszy, odwieczne pytanie?

W dolnych partiach robiło się coraz ciemniej, okalający las i wysokie szczyty, sprawiały wrażenie zamknięcia, …. To podobno wspaniałe miejsce życia niedźwiadków, które kiedyś licznie przemierzały setki kilometrów lasów, szukając pożywienia. Teraz nie muszą się tak trudzić, wystarczy, że wyjdą na szlak i postraszą trochę turystów. Pozostawione jedzenie przyciąga je i zatracają pomału swój instynkt.

– Podobno przeniosły się w stronę Morskiego Oka i opuściły Tymanową, pewnie, bo tam więcej turystów – pocieszył mnie mąż, widząc jak ciągle rozglądam się, gdy coś z znienacka zatrzeszczy w lesie. Na dzieciach opowieści o misiach jakoś nie robiły wrażenia.

– Są takie słodkie i można się do nich przytulić na Krupówkach.

Gdy dotarliśmy do Kościeliskiej, obmyło nas na koniec niewielkim deszczem i postraszyło burzą.

 

Wycieczka, jedna z piękniejszych pokazała, kolejną odsłonę i inne oblicze Tatr. Mieszkamy już w Austrii od wielu lat, ale sentyment nakazuje wracać do swoich korzeni. Ciekawa jestem czy Alpy w Austrii, których jeszcze nie przemierzyliśmy, dostarczają tyle samo wrażeń? A może to, że sentyment łączy się z miłością, dodaje jeszcze małą krople wzruszeń do złotego kielicha?


Pokrewne tematy