Maciej Sz.

Spotkanie z sarną, lekarzem i koroną.

Stanąłem przed wejściem prowadzącym na klatkę schodową do gabinetu lekarza. Miałem jeszcze chwilę czasu, więc do umówionej godziny grzecznie i cierpliwie czekałem. Nagle otworzyły się drzwi, wyszła pani w wieku około pięćdziesięciu lat i rzuciła w moją stronę, nie kryjąc w głosie zdenerwowania i irytacji krótkie zdanie: to jest jakieś nieporozumienie, katastrofa, totalna katastrofa. Nie wiedziałem za bardzo, co odpowiedzieć i o co chodzi. Może złe wyniki badań, a może zupełnie inny problem.

 

Jadąc ostatnio rowerem trafiłem nie tylko na kilka zwierząt leśnych, którymi się zawsze zachwycam, ale tym razem jadąc dosyć szybko, pośrodku lasu, z dala od zgiełku samochodów i jakiegokolwiek ruchu, spotkałem się niespodziewanie z sarną. Nie byliśmy ani umówieni, ani przygotowani na takie spotkanie. Dla obojga nas było ono ogromnym zaskoczeniem. Nie wiem kto był bardziej poszkodowany. Po naszym spotkaniu stała nieopodal mojego roweru i patrzyła na mnie z ogromnym zdziwieniem, jakby chciała powiedzieć, a właściwie zapytać: coś się stało? Tego wzroku, spojrzenia, sylwetki nie zapomnę, bo to w końcu ja byłem gościem, a może intruzem na jej leśnych ścieżkach. Ostatecznie obolały, jakoś się pozbierałem. Sprawdziłem rower od strony technicznej i ruszyłem dalej. Prawy nadgarstek bolał coraz mocniej, ale ruszać palcami mogłem więc stwierdziłem, że raczej złamany nie jest. Przygoda niesamowita, podobnie jak potłuczenia i towarzyszący im ból. Trzeba mieć naprawdę szczęście, żeby zderzyć się na rowerze z sarną.

 

Następnego dnia rano uświadomiłem sobie, że bez wizyty u lekarza, prześwietlenia się nie obejdzie. Udałem się zatem do pobliskiego szpitala, gdzie funkcjonuje oddział ratunkowy. Po drodze zastanawiałem się, a jak będzie test na koronę? Okaże się, że mam? Rozmawiałem z kolega i od razu zaznaczył: mojego numeru telefonu nie podawaj. Niby wiem, że jest korona, czuję się całkowicie zdrowy, ale owo bezobjawowe zarażenie, zawsze wywołuje u mnie nutę strachu. Zdarza się nam z niej żartować i śmiać, snujemy spiskowe teorie, ale kiedy przyjdzie nam stanąć do testu, to już nasze miny lekko bledną, bo jeśli jest prawdą to, co na temat testów piszą, to jego wynik bywa loteryjny, a jeśli nie to znowu i prawda może zaboleć. Nie chodzi o to, że będzie trzeba siedzieć w domu, wszak dom to nie więzienie. Raczej chodzi o możliwość zarabiania na życie. Chodzimy z założoną smyczą na karku. Czynsz za mieszkanie, opłaty, niektórzy jeszcze kredyty, a pieniądze z znikąd się nie biorą.

Tak czy inaczej walcząc z rozmaitymi myślami po drodze dotarłem do szpitala. Przed wejściem na teren pierwsze spotkanie z ochroną. Szybki wywiad, pytania o cel mojej wizyty i biała droga. Tam mierzenie temperatury i dalej. Później już prawie normalnie, maseczki, dezynfekcja dłoni, rejestracja i oczekiwanie. Wizyta nie trwała zbyt długo. Po dwóch godzinach z wynikiem prześwietlenia nadgarstka, wypisem i opatrunkiem na ręce wracałem do domu, szczęśliwy, że nie złamana tylko zbita. Tak czy inaczej pomimo szalejących cyfr związanych z covidem, ta wizyta wyglądała niemalże identycznie, jak wcześniej, bez niego. Jedyna różnica, to maseczki na twarzach i obowiązkowe odkażanie rąk.

 

Ból utrzymuje się jednak dalej, więc dzisiaj musiałem załatwić sprawy związane z chorobowym. Dzwonię więc do rejestracji, tłumaczę, pani pyta co się stało, czego potrzebuję, a potem chwila milczenie i pada odpowiedź. Musi pan przyjść do nas na wizytę. Nie szybciej. Nie później, tylko dokładnie o godzinie 11.00.

Wchodzę schodami na górę, a tam otwiera mi drzwi pielęgniarka. Na twarzy przyłbica, na ustach i nosie maseczka, nad nią okulary ochronne. Specjalny płaszcz, rękawiczki, buty. Wygląd wyjęty z filmu: Epidemia, w której jedną z ról zagrał Dustin Hofmann. Zająłem wskazane miejsce i znów wywiad i rozmowa z lekarzem przez tłumacza. Trochę tak, jak zabawa w głuchy telefon, albo jeszcze lepiej randka w ciemno. Oczywiście lekarza ostatecznie nie widziałem. Nie spojrzał ani na moją rękę, ani obolałe plecy, ani na nic. Wypisał zwolnienie za pośrednictwem żołnierza wystawionego na pierwszą linię frontu i przez niego mi je wręczył.

Teraz doskonale rozumiem, co miała na myśli owa kobieta mówiąc: to jest jakieś nieporozumienie, katastrofa, totalna katastrofa. Pal licho ze mną. Poczułem się lekko nieswojo. Zastanawiam się czy tego nie można było rzeczywiście załatwić telefonicznie? Chyba nie bo karta ubezpieczeniowa musi zostać odbita. Bo przecież za wizytę się płaci. Żal tych, którzy liczą na coś więcej i potrzebują dokładnego badania i dokładnej, albo przynajmniej zbliżonej do tej dokładnej diagnozy. On będą bardzo zawiedzeni. Na wielką pomoc chyba, przynajmniej u tego lekarza liczyć nie mogą.

 

Dzielę się z wami swoim doświadczeniem i jak mniemam wcale, ale to wcale nie jestem odosobniony. Mógłbym się założyć, że w wyniku takiego podejścia do chorych niektórzy rozchorowali się jeszcze bardziej, wszak pomoc, której naprawdę potrzebują nie została im udzielona. Na szczęście są też lekarze, którzy z zachowaniem środków ostrożności takowej pomocy udzielają.

Nie jest moim zamiarem wywoływanie wulgarnych, a może czasami krzywdzących komentarzy skierowanych i uderzających w służbę zdrowia. Takich brudnych komentarzy, dialogów, bezsensownie wymienianych uszczypliwych uwag z inwektywami kierowanymi do siebie nawzajem sieć jest pełna. Niczego w niej nie brakuje. Brakuje natomiast wzajemnego budowania dobrych relacji społecznych oraz dobrze rozumianego wzajemnego dialogu. Mogę w nim wyrazić swoje zdanie, swoją opinię, ale nie mam prawa obrażać osób, które myślą inaczej lub, które nie spełniły moich oczekiwań. Z niepokojem patrzę na nasze wzajemne, anonimowe relacje, które są zbudowane na podsycaniu uczuć negatywnych, które swoją afiliację znajdują również w przemocy słownej. Być może i ja sam popełniam ten błąd, ale myślę, że tylko umiejętna i rozważna samokrytyka, pozbawiona zachowań egocentrycznych, skierowana na dobro drugiego człowieka, także mojego wroga, może rozwiązać dzisiejsze problemy. W tym względzie chrześcijaństwo, a także Eucharystia są jedynym i niepowtarzalnym wyznacznikiem prawdziwej miłości bliźniego.

Jeszcze jedno skojarzenie, które wywołuje covid. Moim zdaniem potwierdza on wiele złych praktyk i naleciałości, które wytrwale budowaliśmy prze lata. Tak my wszyscy. Mądrując się i wymyślając niestworzone historie i rzeczy. Burząc wartości, które nam nie odpowiadają, bo wymagają z naszej strony konkretnej postawy i postępowania. Covid stał się trądem XXI wieku obnażającym nasze lęki, brak zaufania. Naszą nieufność, strach oraz wielkość i nieskończoność przypisywaną życiu oraz mocy człowieka. Nie musimy się poddawać tym lękom i strachom. Wystarczy spojrzeć w głębię swojego serca i odkryć w niej dobro, które jest jedynym, prawdziwym chipem, który został w nas zaszczepiony. Niestety elektronika czasami szwankuje i zwyczajnie się psuje, więc warto ja poddać procesowi regeneracji.


Pokrewne tematy